— Gdyby pani syn miał choć połowę klasy zmarłego męża mojej córki, nie stałaby pani dziś przy walizkach dziecka.
Halina zamilkła.
Otworzyłam list.
„Karo,
Jeśli to czytasz, znaczy, że nie mogę już sam stanąć przy tobie i Zosi. To boli mnie najbardziej, nawet jeśli piszę ten list zdrowy i z kubkiem herbaty obok. Prawnik powiedział, że powinienem używać chłodnych sformułowań, ale ty mnie znasz. Nie umiem pisać o was jak o majątku.
Jeśli kiedyś pokochasz kogoś innego, chcę, żebyś była szczęśliwa. Naprawdę. Nie chcę być cieniem przy twoim stole. Ale pamiętaj: człowiek, który kocha ciebie, musi umieć pokochać też miejsce, jakie zajmuje nasza córka w twoim życiu. Nie jako przeszkodę. Nie jako pamiątkę po mnie. Jako dziecko.
Pieniądze z ubezpieczenia są dla was obu. Mieszkanie ma być bezpiecznym miejscem Zosi. Nie pozwól, żeby ktokolwiek przekonał cię, że wdzięczność za nowe życie wymaga wyrzucenia starej miłości za drzwi.”
Litery rozmazały mi się przed oczami.
Usiadłam na brzegu biurka.
List trwał dalej.
„Jeśli ktoś kiedyś powie, że Zosia nie jest mile widziana tam, gdzie mieszkasz, znaczy, że to nie Zosia powinna odejść.
To wszystko.
Kocham was.
Marcin.”
Nie pamiętam, kiedy zaczęłam płakać.