— Pani Ireno, to nie tak.
Mama spojrzała na niego.
— Michale, jeśli pierwsze słowa mężczyzny po skrzywdzeniu dziecka brzmią „to nie tak”, zwykle oznacza to, że było dokładnie tak.
Halina zacisnęła usta.
— Proszę nie pouczać mojego syna w jego własnym domu.
Mama postawiła walizkę obok czarnej walizki Haliny. Dźwięk kółek na podłodze zabrzmiał jak werdykt.
— Właśnie w tym problem, pani Halino. To nigdy nie był jego dom.
Cisza zapadła natychmiast.
Michał zamknął oczy.
Tylko na sekundę.
Ale ja to zobaczyłam.
— Co to znaczy? — spytała Halina.
Mama otworzyła skórzaną teczkę i wyjęła akt notarialny.
— To znaczy, że mieszkanie należy do Karoliny. W całości. Zostało kupione za pieniądze z odszkodowania po śmierci jej pierwszego męża, Marcina, oraz z mojej darowizny dla wnuczki. Michał nie zapłacił za nie ani jednej złotówki.
Poczułam, jak serce zatrzymuje mi się w piersi.
Wiedziałam, że mieszkanie było moje. Wiedziałam, że większość pieniędzy pochodziła z ubezpieczenia Marcina. Ale Michał przez ostatni rok tak często mówił „nasze mieszkanie”, „nasz kredyt”, „nasze decyzje”, że nawet ja zaczęłam z czasem milczeć, kiedy jego matka powtarzała, iż „jej syn wziął na siebie kobietę z dzieckiem i mieszkaniem do utrzymania”.
Halina wyrwała dokument z ręki mojej matki.
— To niemożliwe.