— Twojego dziecka, właśnie. Nie jego. Nie naszego. Twojego. I najwyższy czas, żebyś to zrozumiała, Karolino.
Zosia drgnęła.
Podeszłam do niej i uklękłam.
— Kochanie, idź do pokoju.
— Babcia powiedziała, że mój pokój będzie dla niej — wyszeptała.
Słowa uderzyły mnie prosto w twarz.
Spojrzałam na drzwi pokoju Zosi. Były uchylone. W środku zobaczyłam rozrzucone poduszki, zdjęte z półki książki, karton z jej ubrankami postawiony przy biurku. Na łóżku leżała granatowa narzuta Haliny, ta sama, którą zwykle przywoziła, kiedy zostawała u nas „tylko na weekend”.
— Co to ma znaczyć? — spytałam.
Michał przetarł dłonią kark.
— Karolina, mama ma trudną sytuację. Po sprzedaży domu sprawy się skomplikowały. Przez jakiś czas musi zostać u nas.
— U nas? — powtórzyłam.
Halina poprawiła bordowy sweter.
— Wreszcie mówisz rozsądnie, synku. To mieszkanie jest za duże dla trzech osób, zwłaszcza jeśli jedna z nich nie jest twoją rodziną.
Powoli wstałam.