Halina cofnęła się.
— Pani nie będzie mi—
— Będę. Bo właśnie nazwała pani zmarłego ojca mojej wnuczki trupem, stojąc w mieszkaniu, które istnieje dzięki jego ostatniej trosce o dziecko. Pani przyszła tu nie po dach nad głową, tylko po władzę. Chciała pani przesunąć Zosię, potem Karolinę, a potem pieniądze. Ale to się skończyło.
Michał patrzył na matkę jak na obcą kobietę.
— To dlatego kazałaś mi porozmawiać z Karoliną o sprzedaży mieszkania?
Zamarłam.
— Jakiej sprzedaży?
Cisza.
Michał zamknął oczy.
— Chciałem ci powiedzieć po świętach.
— Po świętach?
— Mama mówiła, że skoro mieszkanie jest duże, możemy sprzedać je, kupić coś mniejszego, a część pieniędzy przeznaczyć na jej nowe lokum. Myślałem, że to tylko rozmowa.
— A pokój Zosi?
Nie odpowiedział.
I znowu odpowiedział.
Mama podniosła z biurka klucze Haliny, które ta wcześniej rzuciła obok walizki.
— Teraz naprawdę proszę wyjść.
Halina roześmiała się gorzko.
— I dokąd pójdę? Na dworzec?