Nie był to płacz histeryczny. Raczej cichy rozpad czegoś, co trzymałam w sobie za długo. Bo przez ostatnie miesiące sama zaczęłam się tłumaczyć z miłości do własnego dziecka. Sama mówiłam Zosi: „Babcia Halina tak nie myśli.” Sama mówiłam sobie: „Michał potrzebuje czasu.” Sama pozwalałam, by pamięć o Marcinie była spychana do szuflad, żeby nie drażnić nowej rodziny.
A Marcin, nieżyjący od trzech lat, właśnie obronił nas mocniej niż żywy człowiek stojący obok.
Michał ukrył twarz w dłoniach.
— Karolina, ja nigdy nie chciałem skrzywdzić Zosi.
— Ale zrobiłeś to.
— Byłem rozdarty.
— Nie. Byłeś wygodny.
Uniósł głowę.
— To niesprawiedliwe.
— Niesprawiedliwe jest to, że sześcioletnia dziewczynka musiała pytać, czy jej miejsce w domu zależy od humoru dorosłych.
Mama rozłożyła ostatni dokument.
— A teraz druga sprawa. Halina nie sprzedała domu dlatego, że nie miała wyboru.
Teściowa zesztywniała.
— Proszę uważać.
— Uważam od miesięcy. Zwłaszcza od chwili, kiedy dowiedziałam się, że pieniądze ze sprzedaży domu zostały przelane na konto firmy pani brata, a nie na zakup nowego mieszkania.
Michał spojrzał na matkę.
— Co?
Halina poczerwieniała.
— To sprawy rodzinne.
— Czyli takie, do których można wciągać cudze dzieci, ale nie własnego syna? — spytała mama.
Michał wstał.
— Mamo, powiedziałaś, że komornik…
— Bo był komornik! — krzyknęła Halina. — Ale nie będę się tłumaczyć przed tą kobietą!
— Będziesz tłumaczyć się przede mną — powiedział Michał, pierwszy raz ostrzej. — Co zrobiłaś z pieniędzmi?
Halina spojrzała na niego z mieszaniną gniewu i strachu.
— Pomogłam rodzinie. Tak jak syn powinien pomagać matce. Tak jak żona powinna pomagać mężowi. Tylko twoja Karolina nie rozumie, co to znaczy rodzina, bo wciąż żyje z trupem w sercu.
To zdanie przecięło pokój jak nóż.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.
Mama uderzyła dłonią w biurko. Raz. Mocno.