— Do brata, któremu przelała pani pieniądze. Do hotelu. Do wynajmu. Do syna, jeśli on zdecyduje się panią przyjąć gdzie indziej. Ale nie tu.
Michał spojrzał na mnie.
— Karolina, daj mi jeden dzień. Załatwię coś.
— Nie. Dziś.
— To moja matka.
— A Zosia to moje dziecko.
W tej jednej chwili zrozumiałam, że całe małżeństwo czasem waży mniej niż jedno spojrzenie przestraszonego dziecka. Nie dlatego, że miłość do męża jest nieważna. Ale dlatego, że dorosły ma wybór. Dziecko ma tylko nas.
Halina zaczęła pakować swoje rzeczy, rzucając ubrania do walizki tak gwałtownie, że suwak pękł. Michał próbował jej pomagać. Ona odpychała go, płakała, przeklinała moją matkę, mnie, Marcina, „dzisiejsze kobiety”, które nie rozumieją poświęcenia.
Zosia siedziała w kuchni przy stole, z kubkiem wody i pluszowym królikiem. Mama była przy niej. Kiedy weszłam, córka spojrzała na mnie niepewnie.
— Babcia Halina już mnie nie lubi?
Usiadłam obok niej.
— Babcia Halina powiedziała rzeczy, których nie wolno mówić dziecku.
— Czy ja zrobiłam coś źle?
Objęłam ją tak mocno, że poczułam jej małe żebra pod bluzą.
— Nie. Nigdy. To dorośli zrobili źle.
— Tata Michał też?
Zamknęłam oczy.
Nie chciałam jej okłamywać. Nie chciałam też rozbić jej serca bardziej.
— Tata Michał nie obronił cię wtedy, kiedy powinien.
Zosia długo milczała.
— Mój prawdziwy tata by obronił?
Łzy spłynęły mi po twarzy.
— Tak, kochanie. Obronił.
Przytuliła króliczka.
— To dobrze, że zostawił nam dom?
— Bardzo dobrze.
Wieczorem Halina wyszła.