Mama zaprowadziła Zosię do kuchni. Dopiero kiedy dziecko zniknęło za drzwiami, moja matka wróciła i położyła na biurku kolejne dokumenty.
— Karolino, musisz wiedzieć jeszcze jedno.
Michał zrobił krok naprzód.
— Pani Ireno, nie teraz.
Mama nawet na niego nie spojrzała.
— Właśnie teraz.
— Co to jest? — spytałam.
— Wydruki wiadomości, które dostałam od notariusza Marcina.
Imię mojego pierwszego męża sprawiło, że wszystko we mnie zmiękło i zabolało naraz.
Marcin był cichym człowiekiem. Mechanikiem samochodowym, który śpiewał Zosi kołysanki fałszując okropnie i zawsze zostawiał mi karteczki w kieszeniach płaszcza. Zginął w wypadku, kiedy Zosia miała trzy lata. Przez rok po jego śmierci pamiętałam tylko zapach szpitalnego korytarza, małą dłoń córki i własne ciało, które wstawało rano tylko dlatego, że ktoś musiał zrobić jej kanapki.
Michał pojawił się później. Najpierw jako znajomy z pracy. Potem przyjaciel. Potem człowiek, który potrafił rozśmieszyć Zosię, gdy ja jeszcze nie umiałam. Chciałam wierzyć, że życie nie odbiera wszystkiego bezpowrotnie.
— Notariusz Marcina? — powtórzyłam.
Mama skinęła głową.
— Marcin zostawił list. Miał być przekazany, jeśli kiedykolwiek ktoś będzie próbował ograniczyć prawa Zosi do mieszkania albo pieniędzy z ubezpieczenia.
Michał usiadł ciężko na krześle.
— O czym wy mówicie?
Mama wyjęła kopertę.
Na niej było moje imię. Pismo Marcina. Krzywe, znajome, tak żywe, że ręce zaczęły mi drżeć.
„Karolina.”
Nie otwierałam koperty od razu. Przez chwilę tylko dotykałam liter. Jakby spod papieru mogło wrócić ciepło jego dłoni.
Halina prychnęła, choć już mniej pewnie.
— Teraz będziemy odgrywać teatr zmarłego męża?
Mama odwróciła się do niej.