— Przy dziecku? — odwróciłam się do niego. — Twoja matka właśnie powiedziała mojej córce, że nie jest tu mile widziana, a ty martwisz się sceną?
— Mama przesadziła, ale…
— Nie ma „ale”.
Jego twarz stwardniała.
— Ona nie ma dokąd pójść.
— Zosia też nie ma, jeśli pozwolę wam ją stąd wypchnąć.
Halina podeszła bliżej, ciężko oddychając.
— Nie dramatyzuj. Dziewczynka może na jakiś czas zamieszkać u twojej matki. I tak ta twoja Irena ciągle się wtrąca. Niech teraz się przyda.
W tym właśnie momencie za moimi plecami odezwał się spokojny głos:
— Przydałam się już dawno, pani Halino. Tylko pani syn najwyraźniej zapomniał powiedzieć pani jak bardzo.
Odwróciłam się.
W drzwiach stała moja mama.
Irena Wysocka, sześćdziesiąt dwa lata, szarawe włosy spięte w niski kok, płaszcz zapięty pod szyję, twarz blada, ale oczy tak ostre, że nawet Halina cofnęła rękę. W jednej dłoni mama trzymała niebieską walizkę. W drugiej starą skórzaną teczkę mojego ojca.
— Mamo… — wyszeptałam.
— Przepraszam, że weszłam bez pukania — powiedziała. — Zosia zadzwoniła do mnie z tabletu. Powiedziała, że babcia każe jej spakować króliczka, bo „tu kończy się jej miejsce”.
Michał pobladł.