Wiedziałam o tym drugim systemie. Stary, mechaniczny zamek szyfrowy, którego nikt już nie używał, oprócz mnie. Camille naśmiewała się z niego, gdy była nastolatką. Mówiła, że moje środki ostrożności to „babskie bajki”.
Tej nocy ta „babska bajka” mogła mnie uratować.
Mój telefon znowu zawibrował.
Przycisnęłam go do dłoni, żeby stłumić dźwięk.
Druga wiadomość od Maître Delmas:
**Zachowałam kopię umowy akcjonariuszy podpisanej przez Élise. Twoja córka przewidziała tę sytuację. Camille jest beneficjentem tylko pod warunkiem lojalności i braku umyślnego wyrządzenia szkody Tobie lub firmie.**
Przeczytałam to trzy razy.
Élise.
Moja córko.
Chociaż nie żyła od dwudziestu lat, właśnie położyła mi rękę na ramieniu.
Zaczęłam cicho płakać. Nie szloch. Nic nie zdradzało mojej obecności. Tylko palące łzy spadające bezgłośnie na moje przemoczone buty.
Camille myślała, że ma wszystko, bo nosiła moje nazwisko, zajmowała moje biuro i mówiła głośno przy innych.
Ale Élise widziała dalej niż ja.
Adrien zaklął.
„Tracimy czas. Camille będzie do nas dzwonić co dwie minuty”.
Agentka nieruchomości położyła kopertę na skrzynce.
„Powiedz jej, że bez papierów nie podejmę ryzyka. Umowa najmu jest na nazwisko Jeanne Lenoir. Większość udziałów jest na jej nazwisko. A jeśli naprawdę jest klauzula wypowiedzenia, twoja żona może zostać z niczym”.
Adrien zaśmiał się nerwowo.
„Ona nawet nie wie, co posiada. Widziałeś ją dziś wieczorem? Ma siedemdziesiąt lat, krwawi, drży… dwa papiery przed sobą i podpisuje”.
Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka.
Nie żeby powstrzymać gniew.
Żeby powstrzymać się od odejścia.