Wyjęłam telefon.
Nie tylko to trzymałam. Bez zastanowienia, kiedy oddzwoniłam do Maître Delmasa, włączyłam nagrywanie. Głosy Adriena i agenta nie były idealne, ale wystarczająco wyraźne.
Wystarczająco wyraźne, by słowo „pełnomocnictwo” niosło się po antresoli.
Wystarczająco wyraźne, by słowo „podpisuje” wylądowało przed dwudziestoma trzema gośćmi jak kamień w stawie.
Camille rzuciła się na mnie.
Paule stanęła między nimi.
Potem mój sąsiad, siedemdziesięciodwuletni introligator z dłońmi zdeformowanymi przez artretyzm, również stanął przede mną.
I nagle coś się zmieniło.
Ludzie, którzy patrzyli, jak upadam, nie ruszając się z miejsca, nie wiedzieli już, gdzie patrzeć.
To już nie była upokorzona staruszka.
To była scena z dowodami.
Camille zacisnęła zęby.
„Chcesz mnie zniszczyć na oczach wszystkich?”
„Mam to.”
Długo się we mnie wpatrywała.
„Nie. Wybrałeś publiczność”.