Muzyka znów się rozbrzmiała, ciszej, niedopasowana, wręcz obraźliwa. Dwie osoby wieszały płaszcze. Jedna z moich byłych korektorek, Paule, zobaczyła mnie i zakryła usta dłonią.
„Jeanne…”
Tym razem wszyscy się odwrócili.
Camille zamarła.
Przez chwilę na jej twarzy malowała się czysta panika. Nie zmartwienie wnuczki, która widzi, jak babcia cierpi. Nie. Panika kogoś, kto odkrywa, że drzwi powinny być zamknięte.
Potem założyła z powrotem maskę.
„Babciu, gdzie byłaś? Martwiliśmy się”.
Powoli przeszłam między półkami.
Moje buty zostawiły małe ślady wody na parkiecie. Rękaw miałam poplamiony krwią. Moja granatowa koszula wystawała spod płaszcza.
Camille to zauważyła.
Jej wyraz twarzy się zmienił.
Adrien też.
„Daj mi to” – powiedziała zbyt szybko.
Rozmowy ucichły.
Nie nagle.
Nie.
Jedna po drugiej.
Jak gaszone płomienie.
„Ta koszula?” – zapytałam.
Camille odstawiła szklankę.
„Jesteś zmęczona. Nawet nie wiesz, co trzymasz.”
Uśmiechnęłam się.
Smutnym uśmiechem. Wyczerpana. Ale solidna.
„To zabawne, Camille. Dokładnie to samo mówił twój mąż w piwnicy dziesięć minut temu.”
Adrien zbladł.
Agentka nieruchomości cofnęła się o krok.
Camille próbowała się roześmiać.
„Masz urojenia.”
„Może.”