Powietrze było inne.
Niebo nad Villejuif było niskie, szare i wilgotne – takie paryskie niebo, które zdaje się ciążyć na ramionach. W pokoju widzeń cicho szumiały świetlówki. Pielęgniarka za ladą składała dokumenty. Starsza kobieta składała i rozkładała chusteczkę.
Wtedy drzwi się otworzyły.
I weszła Claire.
Przez chwilę jej nie poznałam.
Była chuda.
Za chuda.
Jej ramiona opadały, jakby z szyi zwisały niewidzialne kamienie. Miała na sobie beżowy golf, mimo że dzień był upalny. Jej lewy policzek był mocno pomalowany, ale nie na tyle, by ukryć fioletowy ślad pod kością.
Uśmiechnęła się.
Jej usta drżały.
Usiadła naprzeciwko mnie i położyła na stole małą, brązową, papierową torbę.
„Przyniosłam ci mandarynki” – wyszeptała.
Owoc był obity.
Zupełnie jak ona.
„Jak się masz, Camille?”
Nie odpowiedziałem.
Wziąłem ją za rękę.
Natychmiast zesztywniała.
Drobny gest.
Ale to zobaczyłem.
„Co ci się stało w twarz?”
Spuściła wzrok.
„Spadłam ze schodów metra”.
Przyjrzałem się jej bliżej.