Ulica Damiena była wąska.
Brama była zardzewiała.
Kosz na śmieci przepełniony przy ścianie.
Za zasłoniętymi zasłonami w salonie migotało żółte światło.
Zanim jeszcze otworzyłam bramę, usłyszałam płacz dziecka.
Emma.
Krew się we mnie zagotowała.
Powoli otworzyłam bramę.
Drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz.
W środku uderzył mnie zapach stęchłego piwa, papierosów i tłuszczu.
Damien siedział na sofie z puszką w dłoni, a jego żołądek uciskał koszulkę. Był wysokim, krępym mężczyzną o małych, twardych oczach, takim, który myli swój donośny głos z autorytetem.
Jego matka, Monique, siedziała przy stole w szlafroku, obierając jabłko, jakby była właścicielką tego miejsca.
Jego siostra, Sandrine, chichocząc, przeglądała telefon.
Na podłodze przy kuchni siedziała Emma, a obok niej lalka bez rąk.
Jej drobna twarz nosiła ślady zaschniętych łez.
Kiedy mnie zobaczyła, podniosła wzrok.
„Mamo…”
To jedno słowo niemal złamało mi serce.
Chciałam do niej podbiec.
Przytulić ją.
Obwieścić jej, że nikt już nigdy jej nie dotknie.
Ale musiałam zostać z Claire jeszcze przez kilka minut.
Chwileczkę.
Damien powoli wstał.
„Gdzie byłaś?”
Spuściłam wzrok, jakby moja siostra musiała to robić o wiele za długo.
„Widząc Camille”.
Wybuchnął paskudnym śmiechem.