tym razem silniejszy.
“Tak.”
Kilka miesięcy później nie było już żadnych kamer.
Żadnych nagłówków.
Żadnych oczekiwań.
Mała plaża w Santa Barbara o zachodzie słońca.
Proste przejście biegnące przez piasek umożliwiało swobodne przesuwanie krzesła Adriana.
Dwadzieścia osób.
Więcej nie.
Clara miała na sobie tę samą białą sukienkę.
Ten, który sama dla siebie wybrała.
Tę, którą miała na sobie w dniu, w którym wszystko się zmieniło.
Podeszła do niego boso.
Wiatr rozwiewa jej włosy.
Ocean spokojny za nią.
Adrian patrzył na nią tak, jak patrzy się na coś, o czym wie się, że prawie straciło, zanim jeszcze to miało.
Gdy do siebie dotarli—
nie było przemówień.
Brak występów.