„A Klara?”
Zatrzymała się.
„Dziś nie nazywaj mnie panem Cole’em.”
Jej dłoń zacisnęła się na gałce.
„Dziś jestem po prostu Adrianem.”
Czterdzieści minut później czarna limuzyna przejechała przez Manhattan w kierunku katedry św. Patryka. Clara siedziała obok niego na tylnym siedzeniu, ubrana w prostą białą sukienkę. Nie wyglądała na drogą, ale wyglądała uczciwie. Jej ciemne włosy swobodnie opadały na ramiona, makijaż był delikatny, a spokój sprawiał, że cisza w samochodzie nie wydawała się już tak przytłaczająca.
Adrian wyglądał jak król prowadzony na publiczną egzekucję.
„Byłem idiotą” – powiedział, patrząc przez okno. „Wiedziałem, że Vanessa nienawidzi mojego stanu. Nienawidziła restauracji bez podjazdów. Nienawidziła czekać, aż obsługa znajdzie dostępne wejścia. Najbardziej nienawidziła krzesła. Myślałem, że miłość pokryje resztę”.
Clara położyła dłoń na jego napiętym nadgarstku. „Złudzenia kosztują. Prawda jest bardziej brutalna, ale przynajmniej otwiera drzwi”.
Samochód się zatrzymał.
Na zewnątrz błyski przypominały błyskawice.
Kierowca wyjął wózek inwalidzki z bagażnika, a Adrian wsiadł do niego z czystą sprawnością, którą dały mu lata dyscypliny. Potem wysiadła Clara.
Szepty zaczęły się natychmiast.
Gdzie była Vanessa?
Gdzie była suknia haute couture?
Kim była kobieta w prostej białej sukience idąca obok Adriana Cole’a?
„Gotowa?” zapytał.
„Powiedz mi, kiedy mam nacisnąć.”