Nie ciężka cisza tamtego poranka – ale coś innego. Coś, co wydawało się pauzą, jak chwila po burzy, gdy powietrze jeszcze nie zdecydowało, czym chce być.
Adrian większość czasu spędził w domu.
Nie ukrywam się.
Ale nie idziemy też do przodu.
Trzymał się swojego biura, siłowni, wysokich szklanych okien z widokiem na ogród. Odpowiadał na to, na co musiał. Ignorował to, na co nie musiał. Upokorzenie przy ołtarzu było publiczne, ale głębsza rana była prywatna.
Kochał kogoś, kto kochał go tylko pod pewnymi warunkami.
A teraz musiał się dowiedzieć, co to znaczy żyć bez tych warunków.
Pewnego szarego wtorkowego popołudnia, gdy deszcz powoli spływał po szybach, Clara weszła do jego biura, niosąc tacę.
Espresso.
Świeży chleb.
Nic skomplikowanego.
Stał przy szybie, jego odbicie było niewyraźne na tle burzy panującej na zewnątrz.
„Możesz zostawić to na stole” – powiedział.
Nie, nie zrobiła tego.
„Wczoraj nie byłeś na fizjoterapii.”
Nie odpowiedział.
„Odwołałeś dzisiejsze poranne posiedzenie zarządu”.
Lekko się odwrócił.