Noc latarni.
Zniknięcie Léi.
Isabelle zamknęła oczy.
Przez chwilę nie była już najbardziej przerażającą kobietą na paryskim rynku nieruchomości.
Znów stała się tą dwudziestodziewięcioletnią matką, biegnącą przez tłum, krzyczącą imię swojego dziecka, gdy nad głowami biły dzwony.
„Nie…” wyszeptała. „Nie, to niemożliwe…”
Elise spuściła wzrok.
„Kobieta, która mnie wychowała, powiedziała, że znalazła mnie za kościołem, przy małych drzwiach do zakrystii. Płakałam. Było mi zimno. Nikogo przy mnie nie było”.
Isabelle zadrżała.
Miała wrażenie, że nogi zaraz się pod nią ugią.
Stary kamerdyner ruszył się, żeby podejść, ale ona uniosła rękę, żeby go powstrzymać.
Chciała usłyszeć.
Chociaż każde słowo rozdzierało jej serce.
„Był tylko biały koc” – kontynuowała Elise. „I ten naszyjnik. Staruszka”.
Myślałam, że zostałam porzucona.
„Nigdy cię nie porzuciłam” – powiedziała Isabelle.
Słowa te brzmiały jak lament.
Elise powoli uniosła głowę.
Po raz pierwszy odkąd przybyła do tego domu, spojrzała Madame de Montclair prosto w oczy.
„To dlaczego nikt mnie nie znalazł?”
Pytanie odbiło się echem w salonie z surową brutalnością.
Isabelle cofnęła się.
Nie dlatego, że poczuła się urażona.