„Kto ci nadał to imię?”
„Kobieta, która mnie wychowała. Nazywała się Madeleine Martin”.
Isabelle wzięła głęboki oddech.
To imię nic dla niej nie znaczyło.
Ale to już nie miało znaczenia.
Uniosła drżącą dłoń, nie śmiąc dotknąć Élise.
„Moja córka miała na imię Léa”.
Élise nie odpowiedziała.
To imię wisiało między nimi.
Léa.
Imię, którego nigdy nie nosiła.
A jednak, słysząc je, coś głęboko w niej pękło.
Jakby otworzyły się starożytne drzwi.
Isabelle zrobiła kolejny krok.
„Miałaś małe znamię” – powiedziała nagle. „Tutaj”.
Położyła dłoń na swoim boku, tuż pod żebrami.
Élise zbladła.
Nikt w tym domu nie mógł o tym wiedzieć.
Powoli położyła dłoń w tym samym miejscu.
„Mam jedno”.
Isabelle wyrwała się z szlochu.
Tym razem nie mogła go powstrzymać.