A potem stała się niemal okrutna.
Zbudowała imperium nieruchomości z bezwzględną precyzją, jakby każdy zakupiony budynek, każdy wygrany kontrakt, każdy pokonany przeciwnik mogły wypełnić pustkę po pustej kołysce.
Ale nic z tego nie wyszło.
Zwłaszcza jej dom w Neuilly-sur-Seine, ogromna rezydencja za wysokimi, czarnymi bramami, z brukowanym dziedzińcem, formalnym ogrodem francuskim, jasnymi, kamiennymi schodami i salonami zdobionymi antycznymi złoceniami.
W tym domu wszystko było idealne.
Za idealne.
Służący rozmawiali przyciszonymi głosami.
Kwiaty zmieniano każdego ranka.
Srebra lśniły jak lustra.
I nikt nigdy nie miał się wtrącać do Madame de Montclair.
Pewnego listopadowego poranka gospodyni zatrudniła nową pokojówkę.
Nazywała się Élise Martin.
Dwadzieścia dwa lata.
Sierota.
Pochodziła z małej wioski w regionie Creuse, gdzie dorastała ze starszą kobietą, która przygarnęła ją niemal z litości.
Élise była dyskretna, nerwowa, zawsze czujna.