„Ja? W głównym salonie?”
„Nikogo więcej nie ma”.
Dano jej czarny uniform, biały fartuch i tacę pełną kieliszków do szampana.
Drżały jej ręce.
Nigdy wcześniej nie obsługiwała ludzi w taki sposób.
Weszła do głównego salonu z opuszczoną głową, mijając jedwabne suknie, smokingi, drogie perfumy i spojrzenia, które przelatywały po niej, tak naprawdę jej nie dostrzegając.
Nikt nie zwracał uwagi na Elise.
Dla nich była częścią scenerii.
Jak żyrandole.
Jak firanki.
Jak kwiaty.
A potem wszystko wydarzyło się w sekundę.
Nieco pijany gość nagle cofnął się, śmiejąc się.
Uderzył łokciem o tacę.
Elise próbowała go powstrzymać.
Za późno.
TRZASK.
Flety roztrzaskały się o blady marmur.
Szampan rozprysnął się na lakierowanych butach posła.
Odłamki szkła potoczyły się pod stopy Isabelle de Montclair.
Muzyka zdawała się słabnąć.
Wszystkie oczy zwróciły się na młodą pokojówkę.
Elise zamarła, blada ze wstydu.