Ponieważ nie miała odpowiedzi, która mogłaby cofnąć dwadzieścia dwa lata.
„Szukałam” – powiedziała. „Szukałam wszędzie. Sprzedawałam rzeczy, opłacałam detektywów, przesłuchiwałam świadków, badałam każdą plotkę. Powiedziano mi, że mogłaś zostać wywieziona z Francji. Powiedziano mi, że nie żyjesz. Powiedziano mi tysiąc rzeczy”. Ale nigdy… nigdy nie powiedziano mi, że za tym kościołem znaleziono dziecko.
Elise poczuła gulę w gardle.
Wyobrażała sobie wiele rzeczy w swoim życiu.
Matka zbyt biedna, by ją utrzymać.
Kobieta zawstydzona.
Rodzina, która jej nie chciała.
Ale nigdy sobie tego nie wyobrażała.
Bogata matka.
Potężna.
Złamana.
Matka, która jej szukała.
Wzrok Isabelle powędrował w dół, na wisiorek.
Potem z powrotem na twarz Elise.
Jej rysy.
Jej szare oczy.
Kształt jej ust.
Ta mała zmarszczka na brodzie.
Coś pradawnego, coś głęboko ukrytego, nagle się w niej obudziło.
„Jak masz na imię?” zapytała Isabelle.
„Elise Martin”.