Przyjęcie.
Zaoferował mi pracę na recepcji.
Matteo odłożył pałeczki.
„Riccardo, to nie ma sensu. Sofia znajdzie pracę, która jej odpowiada”.
„Tylko mówiłem” – uśmiechnął się Riccardo. „Chodź, chodź, jemy”.
Kolacja trwała czterdzieści minut.
Elena wspomniała o „depozytie w wysokości 12 000 dolarów” trzy razy.
Riccardo dwukrotnie mówił o swoim „planie rozbudowy ośrodka odnowy biologicznej”.
Moja teściowa westchnęła pięć razy.
Matteo prawie się nie odzywał. Tylko raz, pod stołem, bezgłośnie uścisnął mi dłoń.
W drodze powrotnej on prowadził, a ja siedziałem na miejscu pasażera.
„Nie bierz tego do siebie.”
Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć.
„Nie jesteś zmęczony?”
„Jestem do tego przyzwyczajony.”
Przyglądałem się, jak latarnie uliczne przesuwały się jedna po drugiej.
Trzydzieści milionów.
Miałem trzydzieści milionów.
A jednak przy tym stole nie udało mi się wypowiedzieć ani jednego zdania z siłą.
Nie dlatego, że nie odważyłem się.
Ale chciałem zobaczyć… jak daleko się naprawdę posuną.