„Chciałam cię zobaczyć” – powiedziała. „Chciałam ci powiedzieć, że… gdyby nie twoja wiadomość, myślę, że bym się zgodziła”.
Camille nie odpowiedziała.
Léa spuściła głowę.
„Powiedział mi dokładnie to samo. Sześć miesięcy. Nieuleczalna choroba. Dom. Opieka nad moją matką”. Mówił cicho. Wydawał się smutny. A ja… Tak rozpaczliwie potrzebowałam cudu.
Te słowa rezonowały z Camille.
Znała je.
Przeżyła je.
„Nie masz się czego wstydzić” – powiedziała.
.
Léa zaśmiała się urwanym śmiechem.
„A jednak wstydzę się”.
„Nie. Wstyd należy się temu, kto skłamał”.
Léa płakała w milczeniu.
Camille wzięła ją w ramiona.
Nie powiedziała, że rozumie.
Rozumiała aż za dobrze.
Od tego dnia kobiety nie zaprzyjaźniły się, nie od razu. Niektóre rany nie tworzą szybkich przyjaźni. Najpierw tworzą rozpoznanie. Niewidzialną nić. Spojrzenie, które mówi: ty też wiesz.
Kiedy spotkali się na targu, Léa uśmiechnęła się blado.
Camille odwzajemniła uśmiech.
I to wystarczyło.
Sprawa Armanda tymczasem pogrążała się coraz bardziej w prawnym labiryncie.
Zakwestionował klauzulę spadkową. Podważył ważność dokumentów. Twierdził, że jego ciotka Éléonore nie jest już przy zdrowych zmysłach. Twierdził, że Camille manipulowała sytuacją. Składał petycje, apelacje, wnioski, raz po raz, jak człowiek, który wierzy, że mając wystarczająco dużo pieniędzy, można zatuszować prawdę.
Ale prawda była prosta.
Nie miał dzieci.
Nie miał już żony.
Kłamał.
A sześciomiesięczny termin mijał.
Z każdym tygodniem jego świat się kurczył.
Camille dowiadywał się o tym od Noémie, czasem z plotek, czasem od klientów kawiarni, którzy mówili zbyt głośno, nie zdając sobie sprawy, że słucha.
„Wygląda na to, że Vauclair stracił ważnego partnera”.
„Mówią, że jego kuzyni też go pozywają”.
„Stadnina nie ma już takiego prestiżu”.
„Nawet w Deauville nie chcą go już widywać”.
Camille nie czuła radości, którą sobie wyobrażała.
Nie była szczególnie zachwycona, gdy dowiedziała się o jego upadku.
Nie potrzebowała go niszczyć.
Chciała tylko, żeby nie mógł zniszczyć nikogo innego.