Sprawiedliwość działała powoli.
Długi nie zniknęły tylko dlatego, że zdemaskowano potwora.
Ale coś się zmieniło.
Nie byli już na kolanach.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Michel.
Jej głos był zmęczony, ale wyraźniejszy.
„Camille?”
„Tak, tato.”
„Rozmawiałam z prawnikiem. Może będę mogła poprosić o złagodzenie wyroku za kilka miesięcy.”
Zamknęła oczy.
„Naprawdę?”
„Nic nie jest pewne. Ale… jest szansa.”
Camille milczała.
Michel dodał cicho:
„Wiesz, wstyd mi, że cię w to wpakowałem”.
„To nie ty mnie w to wpakowałeś”.
„Tak, wstydziłem się. Moje błędy otworzyły drzwi. I wszedł ten mężczyzna”.
Camille mocno ścisnęła słuchawkę.
„Więc ją zamknęłam”.
Po drugiej stronie jej ojciec płakał.
Camille nie prosiła go, żeby przestał.
Czasami łzy to jedyne szczere słowa, jakie pozostają mężczyźnie.
Kilka tygodni później Léa Morel przyszła ją odwiedzić.
Camille była w spółdzielni mleczarskiej, układała puste skrzynki, gdy w pobliżu szopy podjechał mały szary samochód. Wysiadła z niego młoda kobieta, blada, z szalikiem ciasno owiniętym wokół szyi.
„Camille Martin?”
Camille odstawiła skrzynkę.
„Tak”.
„Jestem Léa”.
Imię wpadło im w twarz jak kamień w wodę.
Camille powoli podeszła.
Oczy Léi były zaczerwienione. Nie tylko z zimna.