Prawdziwy śmiech.
Krótki, kruchy, ale żywy.
Camille poczuła gulę w gardle.
Żałowała, że ta chwila nie może trwać dłużej.
Nie dlatego, że była idealna.
Ale dlatego, że należała do nich.
Tego samego wieczoru zadzwoniła Noémie.
„Camille, mam ważne wieści”.
Camille natychmiast usiadła.
„Powiedz mi”.
„Ostatnia apelacja Armanda została odrzucona. Klauzula spadkowa pozostaje w mocy. A termin upływa za niecałe dwa miesiące. Nie ma już realnego sposobu, by dostać to, czego chciał”.
Camille zamknęła oczy.
Czekała na gwałtowne emocje.
Radość.
Nienawiść.
Zemstę.
Nic z tego nie nastąpiło.
Tylko ogromna wewnętrzna cisza.
Czysta cisza.
„Więc to już koniec?” zapytała.
„Prawie. Ale dla ciebie, prawnie, tak. Nie może cię już dotknąć”.
Camille położyła dłoń na piersi.
Oddychała całe życie.
Ale ten oddech był inny.
Jakby jej płuca w końcu należały do niej.
Kolejne tygodnie mijały powoli.
Armand stawał się coraz bardziej odległy. Ludzie mówili, że sprzedaje część swojej ziemi. Że pokłócił się z kuzynami. Że zwolnił pracowników. Że prawie nigdy nie opuszczał dworu. Że szybko się starzeje.
Camille nigdy nie pytała.
To było potwierdzenie.
Nie chciała już budować swoich dni wokół upadku tego mężczyzny.
Zajął już wystarczająco dużo miejsca w jej życiu.