Kilka miesięcy później imię Armand de Vauclair prawie nigdy nie było wymawiane we wsi.
Wciąż istniał, gdzieś za bramą, w swojej zbyt dużej posiadłości, otoczony portretami i ziemiami, które nie dawały mu już dawnej władzy.
Ale dla Camille należał do zamkniętego rozdziału.
Mrocznego rozdziału.
Być może niezbędnego rozdziału, ponieważ nauczył ją czegoś, czego żadna bieda nie była w stanie jej odebrać:
Miała prawo powiedzieć „nie”.
Nawet biedna.
Nawet zmęczona.
Nawet samotna.
Nawet gdy obiecano jej, że ci, których kochała, zostaną zbawieni.
Pewnego letniego wieczoru Camille wróciła nad staw. Jabłonie rodziły małe, zielone owoce. Powietrze było łagodne. Krowy powoli wracały do stodoły, a w oddali biły kościelne dzwony.
Usiadła na tej samej ławce.
Tym razem nie myślała o dworze.
Ani o fałszywej diagnozie.
Nie przy drzwiach gabinetu.
Ani o głosie Armanda.
Myślała o swoich dłoniach.