I Mariana podpisała.
Beatriz spojrzała ponad tobą do holu. Girlanda wciąż tam była. Stół w jadalni był teraz pusty, wizytówki zebrano jako dowód. Puste krzesło nie czekało już na Valerię.
„Nie możesz mnie uciszyć”, powiedziała.
„Mogę”, odpowiedziałeś. „I jestem”.
Jej głos przeszedł w syk. „Twoja córka tego pożałuje. Rodrigo zniszczy ją w sądzie. On wie różne rzeczy”.
Podszedłeś bliżej.
„Ja też”.
Twarz Beatriz się poruszyła.
Strach.
Prawdziwy strach.
Taki, jaki powinna czuć, zanim zaczęła się śmiać przez telefon.
Zciszyłeś głos. „Wiem o koncie fikcyjnym na nazwisko twojej siostry. Wiem o biżuterii kupionej kartą Mariany i zgłoszonej jako wydatki domowe. Wiem o dokumentacji medycznej, którą Rodrigo namawiał ją, żeby nie publikowała. Wiem o kierowcy. Wiem o dywanie. Wiem o klubie golfowym.”
Beatriz rozchyliła usta.
„A jutro” – powiedziałaś – „dowiem się więcej”.
Cofnęła się.
Nie dlatego, że krzyczałaś.
Bo nie krzyczałaś.
Kiedy odeszła, nie chodziła jak królowa.
Chodziła jak ktoś, kto słyszy syreny, nawet gdy ich nie było.
Tej nocy Mariana została wypisana pod twoją opiekę.
Miała na sobie luźne ubranie, które przyniosła twoja siostra, i poruszała się powoli, z jedną ręką podpartą, z owiniętymi żebrami i wciąż opuchniętą twarzą. Kiedy weszła do twojego domu w Coyoacán, zatrzymała się w drzwiach i rozejrzała, jakby nie ufała pokojowi.
Udekorowałaś go na Boże Narodzenie, zanim to wszystko się wydarzyło. W kącie stała mała choinka, wzdłuż okna paliły się białe światełka, a przed laty wyrzeźbiona przez twojego męża szopka bożonarodzeniowa. W domu znów pachniało cynamonem, ale teraz delikatniej.
Nie tak jak poranny telefon.
Jak w domu.
Mariana opadła na kanapę i spojrzała na choinkę.
„Zniszczyłam święta” – wyszeptała.