„Zawsze są aroganccy, zanim zorientują się, że pokój się zmienił”.
W domu Salazarów Boże Narodzenie wciąż było urządzone jak przedstawienie.
Długi stół w jadalni był zastawiony złotymi talerzami, czerwonymi serwetkami, kryształowymi kieliszkami i pustym krzesłem, na którym Mariana siedziała przez pięć lat, starając się zachowywać na tyle grzecznie, by być kochaną. Tego ranka, według raportu pierwszego oficera, Valeria już tam była.
Druga kobieta.
Przyszła w kremowym płaszczu i perłowych kolczykach, prawdopodobnie spodziewając się wystawnego świątecznego obiadu, podczas którego Rodrigo publicznie przedstawi ją jako kobietę, która go „rozumie”. Zamiast tego zobaczyła Beatriz nakazującą sprzątaczkom wyszorowanie podłogi w korytarzu i usunięcie poplamionego dywanu.
Dywan stał się pierwszym zajętym przedmiotem.
Kiedy funkcjonariusze weszli z nakazem, Beatriz krzyknęła.
Nie z poczucia winy.
Z oburzenia.
„Nie możecie wejść do domu mojego syna w takim stanie” – krzyknęła, blokując wejście ręką przyciśniętą do piersi. „Jesteśmy szanowaną rodziną”.
Dowodzący funkcjonariusz spojrzał ponad nią na zwinięty dywan przy schodach.
„Proszę pani, proszę się odsunąć”.
Rodrigo zszedł w granatowym swetrze i z miną mężczyzny, który starał się wyglądać na zakłopotanego, a nie przestraszonego. Zobaczył policjantów, potem technika dowodowego, a potem Patricię wchodzącą za nimi.
Jego twarz się zmieniła.
Wtedy zobaczył ciebie.
Wyszłaś ze szpitala dopiero po tym, jak stan Mariany był stabilny, a twoja siostra przyszła, żeby z nią posiedzieć. Nadal miałaś na sobie ten sam płaszcz, który nosiłaś od świtu. Miałaś związane włosy. Twoje oczy były suche.
Rodrigo patrzył na ciebie, jakbyś trafiła do niewłaściwej historii.
„Tereso” – powiedział.
Spojrzałaś na dom.
Wianek na schodach.
Wypolerowaną podłogę.