Mathieu kazał mi to obiecać jeszcze przed ślubem.
„Elise, cokolwiek się stanie, nigdy nie wolno ci wchodzić samej do pokoju mojego ojca. Nigdy. Nie wolno ci go kąpać. Nie wolno ci go przewijać. Jeśli złamiesz tę obietnicę… nasza rodzina może się rozpaść”.
Nie krzyczał.
Nie groził mi.
Ale w jego głosie słychać było tę chłodną szorstkość, którą czasami słyszy się od mężczyzn, którzy nie proszą o przysługę, a próbują ukryć sekret.
Przez dwa lata byłam posłuszna.
Pokój pana Armanda Delcourta stał się w naszym mieszkaniu w Neuilly-sur-Seine przestrzenią zakazaną.
Opiekunka przychodziła każdego ranka i każdego wieczoru. Zostawiałam jej tacę przy drzwiach. Mathieu zajął się resztą. Lekami. Pościelą. Wizytami w Europejskim Szpitalu Georges-Pompidou. Papierkową robotą z Ubezpieczeń Społecznych. Ciszą.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego.