Wciąż go kochałam.
Ale nie wiedziałam już, gdzie umieścić tę miłość.
Pewnego niedzielnego poranka znalazłam go w pokoju ojca.
Trzymał w ręku myjkę.
Delikatnie mył ręce Armanda.
Nie jak syn spieszący się do wypełnienia obowiązku.
Jak człowiek proszący o wybaczenie bez słów.
Stałem w drzwiach.
Tym razem nikt nie powstrzymał mnie przed wejściem.
Mathieu odwrócił się.
„Możesz wejść, jeśli chcesz”.
Wszedłem.
Armand patrzył na nas oboje.
Jego oczy były mniej ciężkie.
Nie uleczone.
Ale mniej samotne.
Kilka miesięcy później wróciliśmy do Lyonu.