Mathieu podszedł do niego.
„Tato, przepraszam”.
Staruszek znowu zapłakał.
Mathieu kontynuował.
„Twój dziadek ze strony matki miał mały budynek w Croix-Rousse. Chciał go sprzedać deweloperowi. Twoja matka odmówiła odejścia. Powiedziała, że to dom na całe jej życie, że to tam cię wychowa, że za pieniądze nie da się kupić wszystkiego”.
Ledwo mogłem oddychać.
„Co to ma wspólnego z twoim ojcem?”
„Deweloperem był wujek mojego ojca. Gérard Delcourt”.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
A jednak coś w głębi duszy je rozpoznało, jakby groźbę.
„Gérard chciał, żeby budynek stał pusty. Obiecał już działkę. Już dostał pieniądze. Ale twoja matka odmówiła podpisania umowy”.
Mathieu zamilkł.
Jego szczęka drżała.
„Tej nocy ktoś podpalił piwnicę”.
Oparłem się o ścianę.
„Nie…”
„Mój ojciec przyjechał przed oficjalnymi służbami ratunkowymi. Mieszkał dwie ulice dalej. Usłyszał krzyki. Wszedł do środka. Znalazł twoją matkę na schodach, już nieprzytomną. Próbował ją wyciągnąć, ale spadła belka. Musiał wybrać”.
Jej oczy napełniły się łzami.
„Powiedziała mu, żeby cię uratował”.
Zakryłem usta.
Świat wywrócił się do góry nogami.
W mojej pamięci krzyki mojej matki powróciły.
Ale tym razem nie były już niezrozumiałe.
Nabrały kształtu.
Ostatnie życzenie.
Uratuj moją córkę”.
Mathieu spojrzał na ojca.