Raz.
Jak odpowiedź.
Umyłam go z szacunkiem.
Powoli.
Jakby każdy gest miał naprawiać coś, czego jeszcze nie wiedziałam.
Umyłam mu twarz, dłonie, ramiona. Jego palce były cienkie, niemal przezroczyste. Na nadgarstku wciąż nosił stary zegarek, który zatrzymał się na 3:17.
Wydało mi się to dziwne.
Potem przestałam o tym myśleć.
Kiedy nadszedł czas, żeby go obrócić, żeby umyć mu plecy, serce mi zamarło.
Zrobiłam to ostrożnie, podsuwając mu poduszkę pod bok.
Materiał jego szpitalnej koszuli się zsunął.
A potem wszystko się zmieniło.
Na jego lewej łopatce, pośród grubych, starych blizn, widniał tatuaż.
Orzeł trzymający różę w szponach.
Powietrze uleciało mi z płuc.
Nogi mi zmiękły.
Cofnęłam się o krok.
A potem kolejny.
Znałam ten ślad.
Widziałam to, kiedy miałam siedem lat.
W noc, kiedy spłonął nasz dom w Croix-Rousse w Lyonie.
Pamiętałam dym.
Palące gardło.
Skrzypiące belki nade mną.