Aż do dnia, w którym opiekunka przysłała mi wiadomość.
„Pani Delcourt, miałem wypadek na skuterze. Jestem na ostrym dyżurze. Nie będę mógł przyjść ani dziś, ani jutro. Przepraszam”.
Przeczytałem wiadomość trzy razy.
W mieszkaniu nie było hałasu.
Mathieu był w Lyonie na ważnym przesłuchaniu. Miał wrócić dopiero następnego ranka.
Spojrzałem więc w głąb korytarza.
Drzwi na końcu.
Zakazany pokój.
Żołądek ścisnął mi się w supeł.
Zapukałem cicho.
„Panie Delcourt?”
Brak odpowiedzi.
Zapukałem ponownie.
Nic.
Więc otworzyłem drzwi.
Najpierw uderzył mnie zapach.
Ciężki. Ludzki. Upokarzający.
Zapach zbyt zamkniętego pokoju, ciała porzuconego pomimo pięknej pościeli, pomimo antycznych mebli, pomimo lnianych zasłon, które Mathieu wybrał, jakby piękno mogło ukryć cierpienie.
Pan Armand Delcourt leżał na szpitalnym łóżku.
Nie poruszył się.
Nie odezwał się od udaru.
Ale jego oczy…
Jego oczy krzyczały.
Wykrzykiwały zmęczeniem, którego nikt nie słyszał.
Wykrzykiwały też coś innego.
Ogromny wstyd.
Stałem jak sparaliżowany w drzwiach.
Obietnica Mathieu rozbrzmiewała w mojej głowie.
„Jeśli wejdziesz do tego pokoju sam, nasza rodzina może się rozpaść”.
Ale przede mną nie było żadnej tajemnicy.
Był tam starszy mężczyzna, sparaliżowany, uwięziony we własnym ciele.
Wszedłem więc.