Prawdą, a nie wymuszonymi obietnicami.
Otwartymi drzwiami, a nie zakazanymi pokojami.
I Armand nigdy więcej nie był sam za tymi drzwiami.
Każdego ranka przynosiłam mu lekką kawę, taką, jaką lubił.
Każdego wieczoru Mathieu czytał mu „Le Monde” albo starą powieść Simenona.
Czasami nie rozmawialiśmy.
Ale cisza nie była już kłamstwem.
To był spokój.
Rok później na ławce w dzielnicy Croix-Rousse, niedaleko mojego domu, wyryto małą tabliczkę.
„Dla Claire Martin, która kochała do ostatniego tchnienia.
Dla Armanda Delcourta, który przeszedł przez ogień, by uratować dziecko”.
Kiedy usiadłam na tej ławce, wiatr Lyonu poruszył liśćmi nade mną.
Mathieu usiadł obok mnie.