Pamiętałam, jak moja matka krzyczała moje imię gdzieś zza płomieni.
Pamiętałam mój mały pokój, mojego pluszowego misia leżącego na podłodze i klamkę zbyt gorącą, by jej dotknąć.
Myślałam, że umrę.
Wtedy w ogień wszedł mężczyzna.
Nie widziałam jego twarzy.
Tylko jego ręce, które mnie unosiły.
Jego spaloną kurtkę.
Jego nierówny oddech.
Trzymał mnie mocno, osłaniając swoim ciałem, a kiedy biegł do wyjścia, zobaczyłam ten ślad na jego ramieniu, oświetlony płomieniami.
Orzeł.
Róża.
Potem tam,
Byłam w szpitalu Édouard-Herriot.
Bandaże.
Syreny.
Szepty sąsiadów.
I to nazwisko, które moja babcia powtarzała z nienawiścią:
„Delcourtowie zniszczyli naszą rodzinę”.
Nigdy tego nie rozumiałam.
Byłam za młoda.
Uczono mnie tylko, żeby uważać na to nazwisko.
Po latach poznałam w Paryżu Mathieu Delcourta.
Kochał mnie z cierpliwą czułością.