Następnego dnia pojechaliśmy do Lyonu.
Nie tylko we dwoje.
We troje.
Mathieu zorganizował prywatną karetkę dla ojca. Podróż do Croix-Rousse była długa i cicha. Na zewnątrz, pod bladym niebem, rozciągały się krajobrazy. Zimowe pola. Stacje benzynowe. Niebieskie znaki autostrady A6. Potem ukazały się wzgórza Lyonu.
Nie byłem w tej okolicy od czasów nastoletnich.
Przed moim starym domem ruiny zniknęły.
Na ich miejscu stał nowoczesny budynek, czysty, zbyt elegancki.
Na parterze agencja nieruchomości reklamowała jasne mieszkania z balkonami.
Miałem ochotę wymiotować.
Mathieu zabrał mnie wtedy do Maître Renauda, emerytowanego notariusza, który znał mojego dziadka.
To właśnie tam przemówiła taśma.
Głos był stary, trzeszczący.
Ale wyraźny.
Gérard Delcourt.
„Budynek musi spłonąć na tyle, żeby ich stamtąd wyrzucono, ale nie na tyle, żeby kogoś zabić. Rozumiesz? Wystarczy”.
Czułem, jak paznokcie wbijają mi się w dłonie.
Drugi głos drżał.
Mężczyzna, którego nie znałem.