Na róży.
Na znaku, który przeszedł ze mną przez ogień.
„Dziękuję, że przywróciłeś mnie do życia”.
Mathieu, za nami, płakał cicho.
Tego dnia nie wziąłem go za rękę.
Jeszcze nie.
Ale kiedy wychodziliśmy z cmentarza, nie odsunąłem się, gdy szedł obok mnie.
To było nic.
Ale to był początek.
Prawdziwy.
Pewnego wiosennego wieczoru, w naszym mieszkaniu w Neuilly, Armandowi udało się napisać trzy słowa na tabliczce.
Jego ręka drżała.
Każda litera wymagała ogromnego wysiłku.
Napisał:
„Uśmiechała się”.
Na początku nie zrozumiałem.
Potem dodał bardzo powoli:
„Twoja matka”.