Usiadłam przed nim.
Znów podniósł marker.
„Kiedy cię wyprowadziłem. Uśmiechała się”.
Moja klatka piersiowa zapadła się.
Przez dwadzieścia sześć lat wyobrażałam sobie moją matkę w strachu.
W bólu.
W płomieniach.
A teraz ten mężczyzna, którego nauczono mnie się bać, pokazywał mi swoją ostatnią twarz.
Nie twarz przerażenia.
Uśmiech.
Uśmiech matki, która wiedziała, że jej dziecko będzie żyć.
Tej nocy coś wybaczyłam.
Nie wszystko.
Nie wszystko naraz.
Ale coś.
Odbudowaliśmy się z Mathieu powoli.