W oddali dachy Beaune mieniły się złotem. Dzwony kościelne dzwoniły cicho, jakby wieś wciąż nie wiedziała, że cały ród właśnie zginął w ogrodzie.
Odetchnęłam.
To jeszcze nie był spokój.
To była pierwsza minuta po pożarze.
Adrien podszedł do mnie, a Mathis spał obok niego.
„Dziękuję”, powiedział.
Pokręciłam głową.
„Ty mnie uratowałaś pierwsza”.
„Powiedziałam ci tylko prawdę”.
„To to samo”.
Camille obserwowała nas z odległości kilku kroków. Jej wianek z kwiatów był krzywy, a makijaż zniszczony. Nie przypominała już triumfującej kochanki z moich koszmarów. Wyglądała jak młoda kobieta, która drogo zapłaciła za zaufanie okrutnemu mężczyźnie.
„Louise” – powiedziała – „ja…”
„Nie przepraszaj mnie dzisiaj”.
Spuściła wzrok.
„Dobrze”.