Adrien zrobił krok naprzód.
„Obudziłem się w prywatnej klinice w Bretanii. Bez dokumentów. Bez telefonu. Z innym imieniem na bransoletce. Powiedzieli mi, że jestem chory, że moja rodzina nie chce mnie już więcej widzieć, że jestem niebezpieczny. Za każdym razem, gdy prosiłem o powrót do domu, zwiększali dawkę”.
Camille podniosła dłoń do ust.
„Adrien…”
Jeszcze na nią nie spojrzał.
„Przez lata wierzyłem, że jestem potworem. Że moja pamięć stworzyła dla mnie nowe życie. Aż do momentu, gdy pielęgniarka rozpoznała mnie na starym zdjęciu w artykule o Delmach. Pomogła mi się wydostać. Szukałem Louise, bo była jedyną osobą, którą ta rodzina zniszczyła, nie zdoławszy jej odzyskać”.
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
Zobaczyłem siebie ponownie, kilka miesięcy wcześniej, przed małym, prowincjonalnym dworcem kolejowym, w lekkim deszczu.
Adrien miał na sobie znoszony płaszcz i trzymał w ręku pożółkłą kopię swojego dowodu osobistego.
Na początku pomyślałem, że zwariował.
Potem powiedział coś, co tylko Delmowie mogliby zrozumieć:
„Serge ma znamię pod lewym ramieniem i boi się koni od dwunastego roku życia”.
W tym momencie mu uwierzyłem.
A kiedy powiedział mi, że Serge nie może mieć dzieci, coś we mnie pękło.
Nie dla Serge’a.
Dla mnie.
Za moje siedem lat poczucia winy.
Za moje noce spędzone na cichej modlitwie, podczas gdy Serge spał twarzą do ściany.
Za wizyty lekarskie, podczas których rozmawiali ze mną, jakby moje ciało było jałową ziemią.
Za rodzinne posiłki, podczas których pani Hélène mawiała:
„W rodzinie Delmasów godne kobiety rodzą dziedziców”.
A ja spuszczałem wzrok.
„Trzecim powodem” – powiedziałem – „jest powód, dla którego mnie dziś zaprosiłeś”.
Serge zmarszczył brwi.
„Nie…”
„Tak. Chciałeś mnie upokorzyć. Chciałeś, żeby wszyscy zobaczyli „jałową” klaszczącą w rocznicę twojego rzekomego cudu. Ale zapomniałeś o jednym, Serge”.
Wyjąłem telefon.