Potem opuściliśmy posiadłość przez główną bramę: Adrien, Camille, mały Mathis i ja.
Na zewnątrz, na drodze, stary uliczny sprzedawca sprzedawał gorące gofry z małej furgonetki. Dalej słychać było źle nastrojony akordeon z wiejskiego festynu, wesoły i krzywy, jakby życie nigdy nie umiało długo milczeć.
Nie wiedziałem, co będzie dalej.
Będą prawnicy.
Postępowania sądowe.
Opinie biegłych.
Lokalne gazety.
Pani Hélène zapalająca świece w kaplicy, jakby Bóg nie słyszał wszystkiego od początku.
Serge zaprzecza wszystkiemu do ostatniej chwili.
Ale nie byłem już więźniem jego wersji wydarzeń.
Tego wieczoru Adrien zabrał mnie na kolację do małej gospody niedaleko Beaune.
Nic specjalnego.
Bez szampana.
Zamówiliśmy jeszcze ciepły chleb, ser, zupę cebulową i proste danie podane w żeliwnym garnku.
Płakałam przy pierwszym kęsie.
Adrien się martwił.
„Czy jest za gorące?”
Otarłam twarz.
„Nie. Po prostu w końcu coś smakuje”.
Zrozumiał.
Czasami ból odbiera nawet smak.