Adrien puścił moją dłoń, ale nie odsunął się ode mnie. Był szczuplejszy niż na starych rodzinnych fotografiach. Jego skronie zbielały zbyt szybko. Jego ciemny garnitur wydawał się na niego prawie za duży.
Ale stał.
A to już było zwycięstwo.
Madame Hélène położyła drżącą dłoń na jego szyi.
„Adrien… mój mały…”
Spojrzał na nią bez czułości.
„Nie nazywaj mnie tak. Matka nie podpisuje papierów, wiedząc, że jej syn wciąż żyje”.
W ogrodzie rozległ się szmer.
Kobiety ozdobione klejnotami przestały udawać współczucie.
Muzycy opuścili instrumenty.
W powietrzu unosił się zapach szampana, białych kwiatów, wołowiny po burgundzku podawanej w małych kieliszkach i narastającej fali wstydu.
Serge próbował odzyskać uśmiech.
Nie udało mu się.
„To absurd” – powiedział. „Adrien jest chory. Louise go znalazła; manipuluje nim dla zemsty”.
Camille mocno przytuliła Mathisa.
Chłopiec w granatowym garniturze i lakierowanych butach zaczął się wiercić. Miał zaledwie rok. Nie rozumiał wstydu dorosłych. Czuł jedynie strach w ramionach matki.
Uniosłam kopertę.