Makaroniki, migdały w cukrze i petit fours pozostały nietknięte, jakby nawet cukier się wstydził.
Adrien wyjął z kieszeni złożone zdjęcie.
Przedstawiało go młodszego, z Camille, przed księgarnią w Lyonie. Miała rozpuszczone włosy i delikatny uśmiech, zupełnie inny niż ten, który pojawiał się w moich koszmarach.
„Kochałem cię” – powiedział.
Camille płakała.
„Ja też. Ale powiedziano mi, że nie żyjesz”.
„I uwierzyłaś mu?”
Spojrzała na Serge’a.
„Myślałam, że taka rodzina jak Delmowie nigdy nie pochowałaby żywcem kogoś ze swoich.”
Nikt nie potrafił wymyślić odpowiedzi.
Wtedy Serge zrobił jedyną rzecz, jaką potrafił zrobić, kiedy tracił panowanie nad sobą.
Zaatakował.
„A ty, Louise? Co zyskujesz na tym wszystkim? Czy oczekujesz teraz wsparcia od mojego brata? Czy z bezużytecznej żony stałaś się zastępczą partnerką?”
Adrien ruszył naprzód, ale położyłam dłoń na jego ramieniu.
To zdanie nie mogło mnie już złamać.
„Zyskam oczyszczenie imienia” – powiedziałam. „Zyskam, że twój syn pozna swojego ojca. Zyskam, że Camille nie będzie już żyła w niebezpieczeństwie. I zyskam, że wszyscy, którzy się ze mnie śmiali, w końcu zrozumieją, że nie byłam ani bezpłodna, ani bezużyteczna, ani mniej kobieca. Byłam twoim alibi.”
Muzycy milczeli.
Jeden z nich, starszy mężczyzna z siwym wąsem, spuścił wzrok. Być może myślał o córce. Albo o żonie. Albo o kobiecie, która gdzieś nosiła w sobie wstyd, który nie był jej własny.
Maître Valcourt podał kolejną teczkę dwóm żandarmom, którzy właśnie weszli przez bramę.
Tak.
Była też żandarmeria.