Nie nazywano mnie już bezpłodną.
Nie wiedzieli już, jak mnie nazywać.
Tak było lepiej.
Uwielbiałam ciszę.
Miesiąc później Adrien zaproponował, żebyśmy poszli pieszo do Vézelay.
Nie jako obietnica.
Nie jako początek obowiązkowego romansu.
Po prostu spacerować.
Chodziliśmy pośród pielgrzymów, turystów, rodzin, ludzi niosących zbyt ciężkie bagaże i zbyt stare sekrety. Bazylika stała w oddali, wyraźnie widoczna na wzgórzu, jak odpowiedź, której jeszcze nie odważy się wypowiedzieć.
Nie prosiłam o dziecko.
Nie prosiłam o zemstę.
Nie prosiłam, by Serge cierpiał.
Prosiłam, by nigdy więcej nie oddawać swojej wartości w czyjeś ręce.
Adrien szedł obok mnie.
„A teraz, czego chcesz, Louise?”