Zaproszony do oklaskiwania kłamstwa.
Zaproszony do poczucia się mniejszym.
Wziąłem sekator i pociąłem złotą tekturę na małe kawałki.
Potem wyrzuciłem ją do kosza.
Bez muzyki.
Bez łez.
Bez świadków.
Tego wieczoru wyszedłem do ogrodu z filiżanką czarnej kawy.
Lawenda kołysała się na chłodnym wietrze.
W oddali ktoś śpiewał starą francuską piosenkę słodkim, fałszywie brzmiącym głosem. Miasto delikatnie lśniło, jakby nic się nie stało.
Ale wszystko się wydarzyło.
Odebrali mi małżeństwo.
Przywrócili mi imię.
Nazwali mnie bezpłodną.