W dniu swojego baby shower Raphaël zamarł, gdy zobaczył, jak wchodzę z białym pudełkiem przewiązanym satynową wstążką.
Uśmiechnęłam się, jakbym przyszła życzyć im szczęścia.
Nie wiedział, że nie jestem tu po to, by robić scenę.
Przyszłam zamknąć drzwi.
Na dobre.
Pudełko lekko drżało w moich dłoniach, gdy przechodziłam przez salon rodziców w ich czystym, cichym mieszkaniu w lyońskiej dzielnicy Monplaisir. Pudroworóżowe i kremowe balony unosiły się pod sufitem. Na stoliku kawowym stały w rzędzie makaroniki, ptysie i szklanki z sokiem owocowym, jakby ten dzień zasługiwał na świętowanie.
Ale gdy tylko przekroczyłam próg, wszystkie rozmowy ucichły.
Nagle.
Jakby ktoś właśnie odciął prąd.
Wszyscy wiedzieli, dlaczego zniknęłam po zdradzie.
Wszyscy czekali, czy będę płakać, krzyczeć, drżeć, błagać… czy padnę przed nimi.
Camille siedziała na środku salonu, w fotelu ozdobionym drobnymi białymi kwiatkami. Jedna ręka spoczywała na jej zaokrąglonym brzuchu. Druga nerwowo ściskała rąbek jasnoniebieskiej sukienki.
Raphaël – mój mąż na papierze, obcy mi człowiek pod każdym względem – stał za nią, z ręką na oparciu krzesła, jakby wciąż miał prawo kogoś chronić.
Jakby sam nie stanowił zagrożenia.
Kiedy jego oczy spotkały się z moimi, jego twarz zbladła.
Trzy miesiące wcześniej wróciłam do domu wcześniej niż się spodziewałam po podwójnej zmianie w szpitalu Édouard-Herriot. Wciąż miałam na szyi identyfikator, narysowaną twarz, palce poznaczone uchwytami toreb na zakupy.
Chciałam tylko wstawić warzywa do kuchni, wziąć gorący prysznic i spać.
Zamiast tego otworzyłam drzwi do naszej sypialni.
I zobaczyłam moją siostrę w moim łóżku.