Za szybko.
Podeszwa jego buta zadrapała parkiet.
Spojrzałam na niego.
„Nie martw się, Raphaël. Nie jest kruche.”
Jego twarz stwardniała.
Ale w jego oczach już malował się strach.
Camille położyła pudełko na kolanach. Powoli rozwiązała satynową wstążkę, jakby każdy ruch mógł coś wywołać.
Uniosła wieczko.
W środku nie było żadnego pajacyka, żadnej pluszowej zabawki, żadnej pary bucików.
Tylko duża, gruba biała koperta.
Gruba.
Zmarszczyła brwi.
„Co to jest?”
„Otwórz.”
Mój głos był na tyle głośny, że słyszał go cały salon.
Camille wsunęła palce pod klapkę.
Wyjęła pierwszy stos dokumentów.
Na pierwszej stronie widniał nagłówek laboratorium medycznego w Lyonie.
Przeczytała pierwszy wiersz.
Jej twarz zbladła.
Z ust wyrwał się jej urywany oddech.
Ani krzyku.
Ani słowa.
Tylko oddech.
Moja mama usiadła.
„Camille?”