Jasne.
Proste.
Czyste.
Potem dodałam:
„Należał do kobiety, którą byłam przed tobą. Do tej, która wciąż wierzyła, że kochanie kogoś oznacza pozwolenie sobie zniknąć”.
Przycisnęłam puste pudełko do piersi.
„Ta kobieta już nie istnieje”.
Potem odeszłam.
Bez krzyku.
Bez płaczu.
Bez oglądania się za siebie.
I po raz pierwszy od dawna cisza za mną nie wydawała się już upokorzeniem.
Wyzwoleniem.