Przemierzałem labirynt nakrytych lnianymi obrusami stołów, aż dostrzegłem Lucasa. Stał w pobliżu mahoniowego baru na świeżym powietrzu, otoczony trzema drużbami Jennifer – młodymi mężczyznami z zaczesanymi do tyłu włosami i funduszami powierniczymi. Jeden z nich wykrzyknął jakąś puentę, a grupa wybuchnęła zsynchronizowanym, ryczącym śmiechem.
„Lucas” – powiedziałem.
Mój głos nie był głośny, ale miał specyficzną gęstość. Wzdrygnął się, rozchlapując bursztynowy napój i odwrócił się.
„Tato”. Jego uśmiech był kruchy, a wzrok nerwowo zerkał na przyjaciół.
Zbliżyłem się do niego, stając ramię w ramię. „Twoja matka jest na haju. Musisz podejść do stołu i posiedzieć z nią przez dziesięć minut. Okaż jej trochę łaski”.
Lucas przeniósł ciężar ciała, celowo unikając mojego wzroku, skupiając się na przechodzącym kelnerze. „Tato, chodź. Połowa okręgu wyborczego stanu jest w tym pokoju. Muszę nawiązać kontakty. Mam zobowiązania”.
„Dała ci życie, Lucas” – powiedziałem, a w moim głosie pojawił się chłód. „Ona jest twoim najważniejszym zobowiązaniem”.
Westchnął ciężko, zirytowany. Zanim zdążył wymyślić wymówkę, jeden z drużbów Jennifer – chłopak imieniem Preston, którego linia szczęki była ostrzejsza niż jego intelekt – nachylił się w naszą przestrzeń powietrzną.
„Hej, panie Harrison” – wycedził Preston, mieszając lód w szkockiej. „Widziałem pańską żonę z drugiego końca sali. Wygląda na zupełnie zdrową. Naprawdę, sama obecność jest twarda jak cholera”.