Mary i jej zamożna rodzina przemykali się między stołami niczym zwycięscy monarchowie. Odchylali głowy do tyłu w donośnym śmiechu, poklepywali po plecach lokalnych polityków i przechwalali się skromnymi przechwałkami o zagranicznych inwestycjach i zimowaniu w Alpach. Lucas trzymał się pół kroku za nimi. Nie wyglądał na dumnego syna, który pragnie przedstawić rodzicom swoje nowe życie. Wyglądał jak niepewny siebie kandydat, który cudem zinfiltrował elitarne bractwo i panicznie bał się złamać zasady ubioru.
Praktycznie nikt nie podszedł do Mary. Garstka gości kiwała głową, mijając nasz stolik, ale aktywnie kierowali rozmowami wokół niej, traktując ją jak niewidzialną, niepokojącą zjawę.
Co dziesięć minut widziałem, jak Mary podnosi rękę, jej wątła dłoń unosiła się nad karkiem, by poprawić cienką jedwabną chustkę i sprawdzić linię włosów na peruce. Nie dlatego, że się zsuwała. To był fizyczny przejaw jej narastającego wyczerpania, tik lękowy, który okazywała tylko wtedy, gdy bateria niebezpiecznie zbliżała się do zera.
„Zaraz przechwycę Lucasa” – mruknąłem, odsuwając krzesło.
Mary wyciągnęła rękę, jej chłodne palce musnęły mój nadgarstek. „Arthur, proszę. Nie stwarzaj mu dziś niezręcznej sytuacji”.
To była Mary. Zawsze pochłaniała odłamki, żeby inni się nie zadrapali. Nawet gdy jej własne ciało zdradzało ją z każdą minutą, jej jedyną troską było podtrzymywanie ego syna.
„Będę się streszczał” – obiecałem.